O mnie

TROCHĘ SŁÓW O MNIE

Kamil Bury

Zagorzały gracz komputerowy, który znudzony swoim trybem życia postanowił zwiedzić okolicę na rowerze.
Jakież było jego zdziwienie, gdy dotychczasowe hobby zostało niemalże zupełnie wyparte przez nałóg, jakim jest cyklopatyzm.

To tyle słowem wstępu.

Autobiografii pisać nie będę…

…ale może wyjdzie z tego jakaś inspirująca historia.

Na początku był chaos, a po kilku bardziej lub mniej istotnych wydarzeniach historycznych byłem sobie ja – ważąca 87 kg kuleczka, która gapiąc się w monitor stwierdziła, że „już dłużej tak nie da rady”. Postanowiłem, że pozwiedzam okolicę. Wszakże w okolicach Zatora mieszkałem stosunkowo niedługi czas, a wypadałoby poznać lokalne tereny. W niewyjaśnionych okolicznościach w piwnicy akurat znalazł się rower (przywiozłem go z domu rodzinnego, a nie ukradłem – wstrzymajcie się z osądem), którego siodełko przetarłem szmatką i wyruszyłem w (nie)znane.

Chęć eksploracji sprawiła, że na moim zegarku pojawiło się pierwsze 14,65 km, średnie tętno wynoszące 136 i poziom zmęczenia mogący dorównać osobie, która biegnąc na bieżni obejrzała całą trylogię Władców Pierścieni. Po powrocie do domu mój umysł przeszyła błyskotliwa, przepełniona nieskończonym intelektem myśl: „No fajne to nawet jest”.

Zacząłem jeździć regularnie. Mój maksymalny dystans i prędkość wzrastały z każdą kolejną wycieczką. Odwiedzałem nowe miejsca, odkrywałem tajne ścieżki, a z czasem zainteresowałem się nowopowstałymi oznaczeniami tras rowerowych. Pojawił się tylko jeden tyci-pyci problem: zacząłem się topić we własnych ciuchach. Zgadza się, 87 kg ku mojemu zaskoczeniu zamieniło się w 67 kg. Całkiem zabawny efekt uboczny. Zwłaszcza, że podczas moich wypraw przez myśl ani razu nie przeszło mi słowo „trening”.

Metamorfoza sprawiła, że zainteresowałem się treningiem siłowym, który wyniósł moc moich nóg na zupełnie inny poziom (przy okazji przestałem wyglądać jak szkieletorek). Zaczęły się pierwsze trasy, gdzie trzeba się było trochę powspinać. O ile ja stawałem się coraz silniejszy, o tyle mój 15-letni rower zaczynał dawać mi znaki, że nie do końca podoba mu się rozwój wydarzeń. Fakt, konserwacje sprzętu to ja miałem dokładnie tam, gdzie większość współczesnej młodzieży poprawną polszczyznę. Nadszedł czas na edukację w zakresie serwisu rowerów!

Na pierwszy plan weszły nowe dętki i opony. Później na sztycy zagościło nowe, już niezłamane w pół siodełko. Wrzuciłem też trochę nowego osprzętu: uchwyt na telefon, sakwę oraz pompkę mocowaną do ramy. W ten sposób mogłem wozić przy sobie cały zestaw naprawczy na wypadek wybuchu dętki – moja nerwica natręctw została skutecznie uciszona. Później do gry weszły nieco praktyczniejsze zabawki: nowe uchwyty, pedały, manetki przerzutek, linki, pancerze, klocki hamulcowe oraz łańcuch. Porwałem się również na adapter podnoszący do góry kierownicę, ponieważ moje plecy po przejechaniu dziesiątek kilometrów krzyczały wniebogłosy. Praca przy swoim rowerze z pewnością wpłynęła na komfort jazdy, ale dała również niesamowite poczucie satysfakcji.

Mniej więcej w tym czasie zacząłem zapraszać na wspólne wyprawy rowerowe swoich znajomych. Z początku sceptycznie nastawieni do swoich możliwości fizycznych zakładali, że przejedziemy raptem kilka kilometrów. Wtedy też nauczyłem się, że w miłym towarzystwie licznik dystansu kręci jak głupi, a zmęczenie zaczyna doskwierać znacznie później niż w przypadku samotnych przejażdżek. To dało mi sporo do myślenia. Jeszcze do tego wrócę.

Mimo aktywnych działań związanych z tuningiem roweru nie zaprzestałem dalszego rozwoju i wciąż popychałem swoje granice dalej. Czasami nierozważnie, ale właśnie w ten sposób przekroczyłem magiczny próg 150 km w ramach jednego przejazdu. Zacząłem też coraz częściej pojawiać się w okolicach Bachowic, gdzie niektóre podjazdy potrafią być naprawdę wyniszczające. Z czasem tamtejsza okolica stała się dla mnie „przejezdna” i już nie musiałem zatrzymywać się zdyszany w połowie górki. Pewny siebie wyruszyłem na Lipowiec i tak właśnie zrodziło się moje nowe Nemesis.

Start spod skansenu, skręt na drogę prowadzącą do rezerwatu i… nogi padły w połowie. Rower wyprowadziłem pod sam zamek w ramach spaceru wstydu. Powiedziałem sobie, że za wszelką cenę pokonam tę drogę o własnych kołach, ale zanim to zrobię, wynagrodzę swój rower za setki kilometrów dzielnej służby. Szykowała się spora inwestycja.

Początkiem 2024 roku nie szczędziłem w wydatkach. Pierwszym zakupem była skrzynka na narzędzia, do której wrzuciłem zgromadzone do tej pory żelastwo i wszystko to, co zostało zakupione później. Najpierw zabrałem się za tematy błache i wkrótce potem jednoślad został wyposażony w nowe klamki i szczęki hamulcowe. Pojawiły się również nowe, szerokie opony. Wisienką na torcie było spełnienie mojego marzenia – zmiana napędu z 3×8 na 1×11. Na potrzeby tego wywodu stwierdzę, że maszyna zmieniła się nie do poznania (ja ją w sumie dalej poznaję, ale mniejsza z tym). Z takim rowerem żaden Lipowiec nie był mi już straszny! Koniec końców udało mi się podjechać pod rezerwat.

„To istotnie porywająca historia, ale po jakie licho stworzyłeś tego bloga?”

Jan Matejko

Powodów stworzenia tego bloga było kilka. Pierwszym, a zarazem najważniejszym było to, że „po prostu tak chciałem”. Z drugiej strony była to świetna okazja, żeby odświeżyć wiedzę z zakresu budowania stron internetowych i doszkolenia się w środowisku WordPress.

No dobrze, ale równie dobrze mógłbym stworzyć byle jakiego bloga i wyszłoby na to samo, prawda? Dlaczego akurat tematyka rowerowa? Żaróweczka w głowie zaświeciła mi się w momencie, gdy podczas wspólnych przejazdów ze znajomymi to ja robiłem za przewodnika. Mało tego, obserwując oblężenie tras doszedłem do wniosku, że rowerzyści poruszają się tymi samymi ścieżkami, podczas gdy te najciekawsze, mimo że doskonale oznakowane, świecą pustkami. Uświadomiłem sobie, że lokalna społeczność nie jest świadoma bogactwa, jaką oferuje tutejsza okolica. Właśnie dlatego postanowiłem stworzyć witrynę, na której publikować będę wiedzę, którą pozyskałem podczas kilku lat błądzenia na rowerze.

Powód był jeszcze jeden, a mam tu myśli promowanie wspaniałego hobby, jakim jest jazda na rowerze. Jest to świetna okazja do wspólnego spędzania czasu, poznawania nowych ludzi, a może nawet rozpoczęcia swojej przygody ze zdrowym trybem życia. Nie ma znaczenia, jakim rowerem dysponujemy – jeśli jest bezpieczny, możemy śmiało ruszać w drogę. Każdy może dostosować tempo, dystans i rodzaj trasy pod siebie.

Mam nadzieję, że treści tutaj zawarte okażą się dla kogoś przydatne. Nie wiem jeszcze, jak często będą pojawiać się tu nowe propozycje tras, ale postaram się, aby były one zróżnicowane. Wszakże co to za budka, w której dostępny jest tylko jeden smak lodów?

Bezpiecznej drogi!